[Recenzja] Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (1973)


























Tracklista:
1.Sabbath Bloody Sabbath 5:46
2.A National Acrobat 6:20
3.Fluff 4:10
4.Sabbra Cadabra 5:55
5.Killing Yourself to Live 5:35
6.Who Are You? 4:10
7.Looking for Today 5:00
8.Spiral Architect 5:29

Rok wydania: 1973
Gatunek: Hard Rock / Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Ozzy Osbourne – wokal
Geezer Butler – gitara basowa
Tony Iommi – gitara
Bill Ward – perkusja
Rick Wakeman – instrumenty klawiszowe (w utworze "Sabbra Cadabra")

Nigdy nie rozumiałem fenomenu "Sabbath Bloody Sabbath".  Nie twierdzę, że to płyta godna zmieszania z błotem, jednak zachwyty niektórych nad nią przyprawiają mnie o mdłości. Można się spotkać z opiniami, że jest to płyta "genialna" a nawet "najlepsza w dorobku Black Sabbath". Nie chodzi już o to co się komu podoba, ale "Sabbath Bloody Sabbath jest mocno przeceniany. To właśnie na tym albumie zespół stracił swój unikalny, mroczny klimat. Brakuje tu rzężących gitar oraz brudnego brzmienia. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ten album, przeżyłem ogromne rozczarowanie. W moich latach gimnazjalnych, gdy byłem na etapie poznawania twórczości Black Sabbath, odbyłem rozmowę z kumplem, po której pożyczyłem od niego ten właśnie krążek. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

Ja: Słuchaj, a Ty masz jakieś płyty Black Sabbath?
Kumpel: Tak. "Paranoid" i "Sabbath Bloody Sabbath".
J: "Paranoid" już znam. Mógłbyś mi pożyczyć "Sabbath Bloody Sabbath" ?
K: No jasne, nie ma problemu.
J: A Twoim zdaniem, który album jest lepszy?
K: Oj, nie wiem...ciężko powiedzieć. Oba są bardzo dobre.

Mając swiadomość, że otrzymam coś na miarę wspaniałego "Paranoid", po prostu nie mogłem się doczekać kiedy odpalę sobie "Sabbath Bloody Sabbath" w odtwarzaczu. W końcu nadszedł ten upragniony moment. Nie przypuszczałbym jednak, że ta płyta aż tak bardzo mnie rozczaruje. Opinia kumpla, no i znakomita okładka sugerowały, że będzie tak samo mięsisto, tak samo sabbathowo jak do tej pory. Pierwszy utwór też nie wzbudzał podejrzeń. Świetny riff Iommiego, niezawodny wokal Ozziego. Sam utwór od początku do końca zawiera w sobie 100 % Black Sabbath. Wszystkie elementy są ze sobą spójne. Reszta zawartości krążka spowodowała u mnie niedosyt. To chyba nie tak miało być, czegoś jednak brakło. Miałem bardzo mieszane uczucia. "A National Acrobat" ponoć ma swietny riff. Dla mnie on jest nijaki i zbyt lekki jak na Black Sabbath. No, owszem jest melodia, ale kawałek brzmi trochę jakby czlonkowie stworzyli go na potrzeby komercyjne. "Fluff" jest mdły, no po prostu mdły, dla mnie to zwykła zapchajdziura. O wiele bardziej podobały mi się "Planet Caravan" z "Paranoid" czy "Solitude" z "Master of Reality", jeśli chodzi o spokojniejsze utwory grupy.

Wrażenia nieco poprawiają się w "Sabbra Cadabra" i przez chwilę mam nadzieję, że zespół wrócił na właściwe tory. Niestety, po dwóch minutach znowu przeżywam rozczarowanie, gdyż kawałek nagle zmienia swój charakter. Tempo maleje, wkracza fortepian...jakieś niespójne jest to przejście i znów kawałek traci sabbathowy klimat. Dla porównania, utwór tytułowy też posiada takie przejście, ale ono stanowi doskonałą puentę utworu. Tutaj tego nie ma. Sprawa ma się podobnie w "Killing Yourself To Live" - kapitalny riff i refren, później coś dziwnego. Następnie kompletnie oderwany od tematu "Who Are You". Totalna żenada, utwór zupenie nie pasuje do konwencji albumu. "Looking For Today" to przyjemnna, lekka piosenka, nic więcej. To trochę mało jak na legendę metalu. Na koniec patetyczny "Spiral Architect" z orkiestrą. Po co? Tego nie wie nikt.

Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że "Sabbath Bloody Sabbath" to najwybitniejsze dzieło w twórczości Black Sabath i jakie to ono nie jest genialne. Radzę sprawdzić w słowniku co to słowo oznacza. Z całą pewnością jest ono nieadekwatnym określeniem tej płyty. Odnoszę wrażenie, że to jakaś odskocznia od ciężkiego grania. Płyta zawiera pomysłowe kompozycje, ale prawie zero na niej sabbathowego klimatu. Dużo słodkich melodyjek, album jakiś taki wydelikacony. Pamiętam mój niedosyt, a nawet i niesmak jaki pozostał po przesłuchaniu tego wydawnictwa. Posłuchałem sobie jeszcze raz po latach i wrażenia nie zmieniły się. Skonsumują i zadowolą się miłośnicy popowych melodii. Fani Black Sabbath będą chodzili nienasyceni i na drugie śniadanie trzeba będzie im zaserwować coś ze starszych klasycznych dokonań.

6/10



Komentarze

  1. Odważnie, ale po namyśle stwierdzam - również celnie skomentowałeś tę płytę BS. W końcu od metalowego giganta powinno się wymagać więcej. Ten komentarz w całości pasowałby również do "Stormbringer" innego asa hard rocka - Deep Purple :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ja widzę, spodziewałem się komentarza od jakiegoś ortodoksa w stylu: "Co za bzdury" ,"Żenada, idź się powieś", a tu proszę...:) Dzięki :)

      Usuń
  2. Trochę mnie zdziwiła tak surowa recenzja tego albumu. Osobiście nigdy nie spotkałem się z jakimiś wielkimi zachwytami nad tym wydawnictwem, ale z krytyką też nie. No cóż, są tutaj dwa utwory w klasycznie sabbathowym stylu - tytułowy i "Killing Yourself to Live" - moim zdaniem oba bardzo udane, najlepsze na albumie. Ale nie skreślam reszty. Doceniam, że zespół postanowił poszerzyć swoje horyzonty, zamiast na siłę grać taką muzykę, jak na pierwszych albumach - nie dość, że nie byłoby to szczere, to nie sądzę, żeby takie wymuszone utwory prezentowały dobry poziom. Zresztą te eksperymenty z innymi stylami zaczęły się już na "Vol. 4", gdzie były jeszcze bardziej bezsensowne (po jaką cholerę wrzucać na album coś takiego, jak "FX"?). Zgadzam się, "Who Are You" jest żenujący, tandetny i kiczowaty, i zupełnie nie pasuje do reszty albumu, ale to samo można powiedzieć o "Changes" z poprzednika. Pozostałe utwory natomiast się bronią, nawet "Fluff", który jest bardzo przyjemny, ale zdecydowanie za wcześnie pojawia się na albumie i trwa za długo - powinna to być kolejna miniaturka w stylu "Orchid" i "Laguna Sunrise". Natomiast przy takiej długości i braku partii wokalnej jest zbyt monotonny. Mimo wszytsko, nie uważam, że album jest jakimś arcydziełem, sam na chwilę obecną oceniłbym go tylko trochę wyżej (7/10).

    OdpowiedzUsuń
  3. Sabbath Bloody Sabbath... To jest dla Black Sabbath to, co dla Led Zeppelin ''Houses Of The Holy''. Moim zdaniem obie plyty sa swietne, ale to jest tylko moje zdanie. Pewnie, dla wielu, jest tu zbyt duzo elektroniki, co rozmiekcza brzmienie. Jednym sie to podoba, innym nie. ''De gustibus non est disputandum'' jak powiada stere przyslowie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdybym miał zachowywać się jak autor recenzji, to powiedziałbym, że krew mnie zalewa jak czytam tę recenzję, że przyprawia mnie ona o mdłości. Ale nie widzę sensu, po co tyle nienawiści?
    A co do samego albumu, Sabbath Bloody Sabbath może się nie podobać, bo to coś innego niż to, do czego przyzwyczaili nas muzycy. Jednak ja (i chyba nie tylko ja) nie widzę w tym problemu. Wręcz przeciwnie, na Sabbath Bloody Sabbath eksperymentowanie skończyło się dużo lepiej niż na przeciętnym Vol 4. Bo, co prawda, najlepiej tu wypada utwór tytułowy, który nie różni się bardzo od poprzednich utworów Black Sabbath (oprócz tego, że jest dużo cięższy niż cokolwiek wcześniej), ale takie "Kiling Yourself to Live", "A National Acrobat" czy "Sabbra Cadabra" są niewiele słabsze, a może nawet na tym samym poziomie co "Sabbath Bloody Sabbath". Zgadzam się jednak z tym, że "Fluff" jest zupełnie niepotrzebne, ale "Who Are You" to moim zdaniem całkiem ciekawy utwór, z chwytliwą grą Ozzy'ego na syntezatorze, "Spiral Architect" wymaga kilku przesłuchań, żeby w pełni go docenić, ale kiedy się to uda, naprawdę robi wrażenie. "Looking for Today" to jest przyjemna, lekka piosenka, ale wykonana perfekcyjnie. Ale dla mnie największą atrakcją płyty jest śpiew Ozzy'ego. Naprawdę, to co robi na Sabbath Bloody Sabbath jest niesamowite! Ozzy nigdy nie brzmiał tak dobrze. Riffy Iommiego są tak dobre jak zawsze, no a Bill Ward i Geezer Butler są perfekcyjni. Nie lubię fanów Black Sabbath, ,którzy mówią, że Sabbath Bloody Sabbath i Sabotage są słabe, bo to nie to samo, co Paranoid. Czy Paranoid jest świetne? Tak. Czy Master of Reality jest świetne? Jasne. Ale czy to oznacza, że wszystko inne jest gorsze, bo jest inne? Nie. Radzę posłuchać jeszcze raz, może pan doceni SBS.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że pisząc tę recenzję trochę za bardzo skupiłem się na entuzjastycznych opiniach innych zamiast na zawartości płyty, stąd tyle cierpkich słów. Tym bardziej, że jak opisałem, miałem przy nim szczególne odczucia. Oczywiście, że nie wszystko co inne jest gorsze, ale należy przyjąć jakieś kryteria. Jeśli patrzymy na "Sabbath Bloody Sabbath" jako na album heavy metalowy, to jest to album miałki i niespójny. "Heaven and Hell" też brzmi zupełnie inaczej niż "Paranoid", a jest znakomity. "Nie lubię fanów Black Sabbath, ,którzy mówią, że Sabbath Bloody Sabbath i Sabotage są słabe, bo to nie to samo, co Paranoid" - spotkał się Pan z takimi opiniami? Bo ja chętnie poczytałbym krytyczną recenzję SBS,a póki co dostrzegam tylko zachwyty i oceny 10/10: http://www.rockmetal.pl/recenzje/black.sabbath-sabbath.bloody.sabbath.html http://metal.pl/recenzja.php?id=1942 http://rockers.com.pl/rockopedia/plyta/recenzje/631.html Można lubić ten album, ale nie popadajmy w skrajności. Jedno, co doceniam na tym krążku to pomysły. Osobiście nie przekonują mnie, ale nie mogę zaprzeczyć, że jest to płyta pomysłowa. Tym niemniej uważam, że moja ocena jest jak najbardziej zasadna.

      Usuń
  5. Ja też uważam że Sabbath Bloody Sabbath odstaje od 4 pierwszych. Ludziom się podoba bo jest najbardziej komercyjny i w tym tkwi problem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie też dziwią te opinie że Sabbath Bloody Sabbath i Sabotage jest są słabe ale tylko połowicznie. Bo Sabbath Bloody Sabbath rzeczywiście jest słaby, miałkie brzmienie, beznadziejne melodycznie utwory jak Looking for Today czy Wha are You albo taki A National Acrobat który jest autoplagiatem Electric Funeral czy infantylny Sabbra Cadabara. Tytułowy mimo że ma ciekawy riff to też jakiś nie do końca żądliwy. Ale jednak Sabotage to z kolei powrót do surowego grania w stylu Vol.4, z takimi perłami jak thrashowy Symptome of the Universe czy zadziorny Hole in the Sky. Widać że chłopaki po Sabbath Bloody Sabbath uważali chyba podobnie jeżeli postanowili wrócić do starego stylu.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza