[Artykuł] Podsumowanie 2015 roku

Rok 2015 przyniósł wiele nowych płyt wydanych przez znane i lubiane zespoły. W większości przypadków niestety nie udało się utrzymać poziomu poprzedników lub płyty te niczym się nie wyróżniają. W tym zestawieniu największą porażką jest Scorpions, którego nowy album jest poniżej wszelkiej krytyki. Zawiodłem się także na kilku innych zespołach, które bardzo lubię, a niestety ich nowe produkcje nie napawają mnie optymizmem. Niemniej, trochę dobra w tym roku również się uzbierało. Poniżej moja subiektywna lista rockowych i metalowych płyt 2015 roku, które zdecydowałem opisać.

1. Agyness B. Marry - Agyness B. Marry


Zespół, który poznałem na festiwalu w Cieszanowie (przeczytaj relację) prowadzony przez niezwykle energiczną dziewczynę z gitarą Agnieszkę Bukowską, nieco mnie rozczarował. Być może to kwestia studyjnego brzmienia, bo przecież na koncertach grupa sprawdza się rewelacyjnie. Niestety, słuchając debiutanckiej płyty Agyness B. Mary, odczuwam pewne zmęczenie materiału. Sporo dłużyzn i mdłych, flegmatycznych utworów. Za mało rockowych czadów. Producentem płyty jest Maciej Cieślak, znany z produkcji takich dzieł jak "Uwaga jedzie tramwaj" czy "
Something to Happen", dlatego tym bardziej zastanawia mnie, co spowodowało, że tak świetny producent znacząco pogorszył brzmienie w najbardziej czadowym numerze "Break up Breakdown". W momencie wkraczania przesteru trzeszczy w głośnikach, co bardzo zniechęca do słuchania. Szkoda, bo to prawdziwy dynamit i jeden z najlepszych utworów, który robi furorę na koncertach. Dodatkowo, ugładzone zostało brzmienie pozostałych kompozycji. Winien jest jednak nie tylko producent. Chociaż bardzo doceniam Agyness B. Mary, płyta mnie nie porwała. Do dobrych fragmentów należy jeszcze melodyjny "Rainbow" i trochę zahaczający o bluesa "My name is New" z interesująca linią basu. Przed zespołem jeszcze sporo pracy głównie jeśli chodzi o kompozycje.


2. Enforcer - From Beyond

Enforcer jak zawsze pełen młodzieńczego zapału i nieposkromionej energii. "From Beyond" to już trzeci w dyskografii muzyków przykład tego, jak powinno się grać tradycyjny heavy metal. Album rozpoczyna rewelacyjny "Destroyed" i od razu mam skojarzenia z wczesnym Venomem. Takich smaczków jest o wiele więcej. "One With Fire" czy "Farewell" to również prawdziwe dynamity, których dźwięki porywają od razu. Perełkami na płycie są melodyjny "Undying Evil", intrygujący, balladowy "Bellow The Sumbler" czy świetny "The Banshee" ze zmieniającym się rytmem oraz prostym, ale wpadającym w ucho mistrzowskim refrenem. Wrażenia ze słuchania są po prostu rewelacyjne, a muzycy udowadniają, że zasługują na miano jednego z najlepszych zespołów heavy metalowych XXI wieku. Znakomity krążek, który porywa ciekawymi melodiami oraz szybkim i agresywnym gitarowym graniem. 


3. Helloween - My God-Given Right

Najnowsza produkcja Helloween z całą pewnością nie będzie zaskoczeniem dla fanów. Sądzę, że oczekiwania nie były wielkie, bo zapewne każdy spodziewał się najbardziej klasycznego power metalu pod słońcem. Dokładnie tyle otrzyma po zakupie tej płyty. Do najlepszych utworów należą "Heroes" z ociężałym riffem oraz patetycznym, rycerskim refrenem czy "Stay Crazy" z łagodnym gitarowym początkiem i znakomitym refrenem. Wydawać by się mogło, że te refreny będą tu odgrywać istotną rolę, jednak wcale tak nie jest. W utworze promującym album,  "Battle's Won" zwraca uwagę świetna zwrotka z galopującymi gitarami, natomiast refren jest przesłodzony i żenujący. Całkiem dobrym utworem jest tytułowy, w którym zastała zachowana pewna spójność jeśli chodzi o melodie i ciężkie, szybkie partie gitar czy perkusji.
Od "Russian Roule" utwory niemiłosiernie nudzą. Za dużo hałasu i patosu. Również melodie nie są na wysokim poziomie i ciężko się tego słucha. Może gdyby dawkować sobie tę płytę, powiedzmy, trzy utwory dziennie, wrażenia byłyby nieco inne. Uważam jednak, że album przeznaczony jest do słuchania w całości. Ciężko o to, gdy dominuje tu natłok średniaków. Krążek oceniam jako przeciętny. Tragedii nie ma, ale i rewelacji też próżno szukać. Przydałoby się trochę mniej patetycznych i wesołkowatych momentów. Płyta trochę mnie męczy, choć prawdopodobne jest, że po prostu nie kumam tej muzy.


4. Iron Maiden - The Book of Souls

Po fatalnym "The Final Frontier" dostajemy album odrobinę lepszy. Przeraża długość albumu - wizja dobrze znanych patatajów mejdenów ciągnących się przez 92 minuty może skutecznie zniechęcić do poznania albumu. Okazuje się, ze nie taki diabeł straszny, choć fajerwerków nie ma. Album jest dość urozmaicony, jednak te urozmaicenia są średnie bądź słabe. Podobają mi się jedynie fragmenty pewnych utworów, jak np. "If Eternity Should Fail", którego można by pozbawić przydługiego wstępu, "The Great Unknown", "The Red and the Black" - tego to można by rozdzielić na kilka utworów, bo jako jeden wlecze się niemiłosiernie czy w całości ( jak na moje uprzedzenia do IM to duży plus) "Speed of Light". Przyjemny hard rockowy numer, będący odskocznią od reguły do którego często i chętnie wracam. Niestety, bardzo ciężko album zdzierżyć w całości. Niepotrzebne dłużyzny i również poziom kompozycyjny nie jest zbyt wysoki. Oczko wyżej od poprzednika, ale w dalszym ciągu bez rewelacji.


5. Motörhead - Bad Magic

Cóż można napisać o kolejnym albumie Motörhead? Chyba każdy wie, czego po tym trio można się spodziewać. Od lat prezentuje praktycznie takie samo granie jak na początku jego kariery. Nie jest to bynajmniej zarzut. To klasyczny rock'n'roll przybrudzony punkową energią, który wręcz nie powinien zaskakiwać ani wychodzić poza schemat. Słynny cytat Lemiego Kilmistera brzmi: "Jesteśmy Motörhead i gramy rock'n'roll". W tych oto prostych słowach można podsumować zarówno ten album jak i całą twórczość Motörhead. Płyta jak zawsze przesiąknięta charakterystycznym dla grupy płyt brudem i spalinami. Na wstępie dostajemy 2 szybkie i dynamiczne kawałki "Victory of Die" i "Thunder & Lightning", z czego ten drugi wyraźnie pretenduje do bycia drugim "Ace of Spades". Następnie dostajemy porcję rock'n'roll'a w "Fire Strom Hotel". Do dobrych momentów tego krążka należą jeszcze żwawe i dynamiczne "Shoot Out  All of Your Lights" i "The Devil", niezła ballada "Till the End" czy ocierający się wręcz o heavy metal utwór "Chooking On Your Screams". Ogólnie album ani dobry ani zły - po prostu motörheadowy.



6. Praying Mantis - Legacy

Na najnowszej propozycji Modliszki perkusistę Benjyego Reida zastąpił Han's In t'Zandt, a wokalistę Mike'a Freelanda - John "Jaycee" Cuijpers. Grupa jak zawsze zaoferowała sporą dawkę melodyjnego rocka i metalu, a więc ciekawą współpracę dwóch gitar i harmonijne wokale. Forma nowego wokalisty bardzo dobra. Ciężką metalurgię ("Fight For Your Honour") doskonale uzupełniają łagodne, melodyjne utwory ("The One"). Najlepsza jest jednak spójność tych dwóch rzeczy, a takową mamy w "Believable" i "Tokyo". Interesujący jest epicki i tajemniczy "Better Man", który jest po części balladą. Prawdziwą perełką jest "All I See" i to w takim graniu Praying Mantis sprawdza się najlepiej. Niezwykle ekspresyjna kompozycja. Znalazły się też niepotrzebne eksperymenty jak w "Eyes of a Child" czy niczym nie przyciągające, wymuszone słabizny jak "The Runner". Nie wyszedł również patetyzm zawarty w "Against the World". Członkowie niepotrzebnie silą się na granie w stylu, w jakim nie czują się zbyt dobrze i w dalszym ciągu smęcą ("Fallen Angels", "Second Time Around"). Fani Modliszki nie powinni być ani zawiedzeni, ani zaskoczeni. Album dostarczył to, co dostarcza nam każde wydawnictwo grupy - ciekawe partie gitarowe, harmonijne chórki i bardzo melodyjne granie i śpiewanie. Niestety, znalazło się tu również trochę smęcenia i to jest nieustająca wada muzyki Praying Mantis.


7. Saxon - Battering Ram


Nowa produkcja Saxon bardzo mnie wymęczyła. To już 21 album w dorobku grupy. Można spotkać wiele opinii, że Saxon, pomimo sporego dorobku i wielu lat na scenie nigdy ciała nie dał. Również i tegoroczny album ma dobre opinie. Ja zaś nie podzielam tych zachwytów. Utwory pomimo sporej energii są słabe, totalnie bez pomysłu i polotu. Kawałki takie jak "Battering Ram", "The Devil's Footprint" czy "Destroyer" sprawiają wrażenie wymuszonych i odegranych na siłę, bo "przecież trzeba nagrać nowy album". Sporo hałasu bez ładu i składu, kompozycyjnie bardzo słabo. Wolałbym, aby grupa nie trzymała się tej wieloletniej regularności nagrywania albumów co 2 lata, a wydała płytę nawet po kilku latach dopracowaną w szczegółach. Jedyna perełka, jaką dostrzegam na tegorocznej propozycji zespołu to "Top Of The World", który jest świetnym energicznym i bardzo melodyjnym utworem. Jednak aby w końcu go usłyszeć, trzeba przejść niemiłosierne męki przez resztę kompozycji. Później wcale nie jest lepiej.



8. Scorpions - Return to Forever


Pięć lat temu grupa Scorpions, wypuszczając na światło dzienne album "Sting in the Tail", ogłosiła, że będzie on ostatnim już w jej dorobku, a po trasie koncertowej promującej to wydawnictwo, grupa zejdzie ze sceny. Szkoda, że jednak tego nie zrobiła, kasa się skończyła, zatem należało wydać krążek. Poziom zażenowania przekroczył chyba wszelkie możliwe granice, ale w końcu to Scorpions, więc i tak będzie się sprzedawać. Problem w tym, że członkowie nie są już w stanie wymyślać samodzielnie nowych utworów, dlatego są zmuszeni nagrywać odgrzewane kotlety powstałe w latach 80-tych i 90-tych oraz korzystać z pomocy producentów Mikaela Norda Anderssona i Martina Hansena. Kawałki "Going Out with a Bang" czy "Rock My Car" prezentują niski poziom, ale są jeszcze do zniesienia. Natomiast ilość kiczowatych, tandetnych utworów jest ogromna. Wesołkowaty "Rock'n'roll Band", straszliwy, okropny "Catch Your Luck and Play" czy wreszcie niemal hip-hopowy "Rollin Home" co już jest totalną kpiną z fanów. Wyróżnię jedynie niezwykłą balladę "Gypsy Life", która jest jedyną na tym albumie, pod którą Scorpions bez zażenowania mógłby się podpisać. Zdecydowanie wolę słychać klonów utworów z lat 80 - tych z poprzednika niż mielizn zawartych na tegorocznym albumie. Nigdy nie uważałem "Sting in the Tail" za coś wybitnego, ale w porównianiu z "Return to Forever" tamta płyta może wydawać się naprawdę udaną produkcją. Chyba lepiej było jednak być konsekwentnym i godnie zakończyć karierę.


9. Tank - Valley of Tears

Grupa Tank, odkąd jest zespołem stricte heavy metalowym, słynie z solidności wykonawczej i kompozycyjnej. Nie inaczej jest w przypadku "Valley of Tears". Po doskonałym poprzedniku "War Nation" dostajemy kontynuację solidnego grania, które niczym czołg dewastuje wszystko co stoi na drodze. Takie wrażenia dostarcza ta muzyka, obfita w toporne gitarowe riffy, miażdżące sola, potężną perkusję i solidny bas. Wokalistę Doogiego White'a zastąpił Zachary Paul Theart z Dragonforce, sprawujący się tak fenomenalnie na swoim stanowisku jak jego poprzednik. Nie kląkłem na kolana po usłyszeniu singla "Valley of Tears" i obawiałem się płyty raczej przeciętnej. Niby nic złego singlowi nie można zarzucić, ale nie jest on porywający i wyjątkowy. Podobnie "Make a Little Time". Natomiast reszta utworów to doskonałe granie z polotem. Dużo emocji i energii zawiera "Eye of a Hurricane", w którym zwraca uwagę mistrzowski refren. Niczym nie ustępują mu "Hold On" czy "War Dance". Podobnie jak na poprzedniku, Tank zamieścił świetnego instrumentala "One for the Road". Pomimo kilku słabszych kawałków, album naprawdę godzien polecenia fanom grupy. Produkcji słucha się z niewysłowioną przyjemnością i chociaż poprzednik zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, grupie udało się utrzymać wysoki poziom kompozycyjny i wykonawczy.

Komentarze

  1. Kiedy druga część podsumowania, tym razem z najlepszymi albumami? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz Enforcer i Tank, nic więcej dobrego się nie pojawiło ;)

      Usuń
  2. Dobre podsumowanie, w większości się z Tobą zgadzam.
    Fajny blog, będę wpadać częściej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki i wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

      Usuń
  3. Zgadzam się co do Scorpions i Iron Maiden. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojeju, ironowe patataje są zarąbiste! Nie wiem, czy nie wolę patatajów od niektórych zwrotek śpiewanych przez Dickinsona. Di Anno to co innego, ale Blaze porażka... Fakt, że akurat intro If Eternity wydaje się mocno naciągane.

    Kliknęłam w etykietę Praying Mantis, dawno obiecywałam sobie ich przesłuchać. Przeczytałam o nich przy okazji biografii Iron Maiden, ale jakoś nie było okazji poznać, albumu nigdy nie widziałam na półce w żadnym sklepie, a szukałam. No, poza tym wpisując w YouTube "Praying Mantis" patrzymy na malownicze zdjęcia modliszek... No ale znalazłam Forever In Time, odsłuchałam, i w sumie uznałam za intrygujące... Ale na razie poszukam więcej, chyba będę musiała zamówić album, bo w internetach za wiele nie ma...

    O Agyness B. Marry nigdy nie słyszałam - może dlatego, że szukam tylko męskich wokali. Ale po przesłuchaniu paru numerów, chyba się zagłębię :)

    Martyna z rockmetalu.blogspot.com
    :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie cierpię, za dużo tych patatajów w muzyce IM :)

      Jeśli masz zamiar szukać płyt PM na polskich półkach sklepowych to powodzenia :D RAZ, jedyny raz dostrzegłem ich ostatni album w Media Markcie - dosłownie jeden egzemplarz :D Niestety, nie jest to znany zespół w Polsce, co więcej, oni koncertują częściej w Japonii niż w Europie. Bardzo podobają mi się ich melodie i posiadam w swojej kolekcji ich 3 albumy: "Time Tells No Lies", "Forever In Time" właśnie oraz "Legacy", który został tu wymieniony. Uprzedzam jednak, że ceny są horrendalne (zwykle powyżej 60 zł), a na zamówienie trzeba czekać długo. Najdłużej czekałem na "Time Tells No Lies" - 2 miesiące. Recenzje tych albumów są na blogu.

      Agyness miałem okazję widzieć w Cieszanowie w 2014 roku. Ma dziewczyna sporo energii i dynamiki. Jednak tak jak tu napisałem, zespół ten lepiej prezentuje się na koncertach.

      Usuń

Prześlij komentarz