niedziela, 4 grudnia 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #7


Lucifer's Friend - Lucifer's Friend

Dziwne, że dopiero niedawno dane mi było zapoznać się z tym znakomitym zespołem. Lucifer's Friend to niemiecka grupa założona w Hamburgu wykonująca hard rock oraz rock progresywny. Swój debiut wydała w 1970 roku. Jest to rok ukazania się takich albumów jak "Black Sabbath" i  "Paranoid" Black Sabbath, "III" Led Zeppelin, "Deep Purple in Rock" Deep Purple czy "Very 'eavy... Very 'umble" Uriah Heep. Nie bez kozery wymieniam albumy tych hard rockowych tuz, bowiem debiut Przyjaciela Lucyfera prezentuje granie, które natychmiastowo przywołuje skojarzenia z tymi zespołami. Już w pierwszym utworze - "Ride in the Sky" - pojawia się solo Petera Hechta na waltorni kojarzące się z wokalem Planta w "Immigrant Song". Ciężko tego nie dostrzec, choć nie wiadomo, która z grup szybciej wpadła na ten pomysł, gdyż ich albumy z tymi utworami pochodzą z tego samego roku. Nie wiem czy można powiedzieć, że zespół był zainspirowany wymienionymi brytyjskimi grupami. Na początku lat 70-tych po prostu tak się grało, był popyt na dokładnie taką muzykę. Mimo wszystko, nawiązania są wyraźne - organy Hammonda, których brzmienie jest nie do pomylenia przywołują na myśl grupy takie jak Deep Purple czy Uriah Heep. Znowu styl grania Petera Hessleina mocno przypomina styl Tonny'ego Iommiego, a wokal Johna Lawtona głos Roberta Planta. Nie jest to jednak wtórne dla słuchacza obytego z twórczością legend brytyjskiego hard rocka  - Lucifer's Friend jest w tym wszystkim bardzo swoisty i charakterystyczny. Warto zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną. Mistrzostwo świata na basie wyczynia Dieter Horns w takich utworach jak "Everybody's Clown" czy "Keep Goin'". Tych smaczków basowych jest na albumie cała masa. Perkusista Joachim Reitenbach również jest znakomity. Każdy z muzyków odwala tu kawał świetnej roboty. Album zdecydowanie godny polecenia wszystkim miłośnikom klasycznego hard/heavy oraz rocka progresywnego.

środa, 30 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #6

Tygers of Pan Tang - Tygers of Pan Tang


Nowy materiał tygrysów nie był zaskoczeniem dla fanów. Formacja zaprezentowała hard rocka, jakiego dostarcza nam od lat. Żywiołowego, aczkolwiek tylko pod względem produkcyjnym. Kompozycyjnie bowiem płyta jest średniakiem. Momentami mam wrażenie, że grupa wpada w niesłuszny i niebywały entuzjazm grając "Glad Rags" czy "Do It Again", które są zwykłymi popłuczynami. Świetni muzycy nie ratują sytuacji, kiedy kompozycje nie prezentują niczego wybitnego, a czasem wręcz męczą. Generalnie porównywalnie z poprzednikiem. Dobry szlif produkcyjny nie przywróci świetności "Wild Cata" czy "Spellbound". Oczywiście, jak zawsze kilka perełek można znaleźć jak np. nostalgiczną balladę "The Reason Why", która została mistrzowsko zrealizowana, sprawnie zagrany "Dust" czy wykonany wyłącznie przez Jacopo Meile "Angel in Disguise" na gitarze akustycznej, co jest nowością w muzyce TOPT. Na albumie zauważalne są też heavy metalowe momenty, jak np. riffy w "Only the Brave", "Blood Red Sky" czy "The Devil You Know". 


wtorek, 29 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #5

Tom Odell - Wrong Crowd

"Wrong Crowd" to kolejna propozycja stanowiąca opozycję do gitarowego łomotu. Tom Odell, uzdolniony młody muzyk jest brytyjskim pianistą, kompozytorem i autorem tekstów piosenek. Jego muzyka niezwykle przyciąga zwłaszcza polskich fanów, o czym sam zainteresowany przekonał się już kilkukrotnie. Jego ostatni koncert w naszym kraju odbył się w Poznaniu, dokładnie w urodziny artysty - 24 listopada. Jak sam przyznaje, wybierając imprezę z polskimi fanami zamiast dnia wolnego, podjął najlepszą decyzję, jaka mogła przyjść mu do głowy. Utworem lansowanym w radiu był "Magnetised". Jest to chwytliwa, dynamiczna kompozycja i bardzo dobry wybór na utwór promujący. Spokojniejszy "Concrete" również jest warty uwagi ze względu na ciekawe budowanie nastroju. "Constellations" to kompozycja zagrana prawie wyłącznie przez Odella - bez sekcji rytmicznej, od czasu do czasu pojawiają się skrzypcowe smyczki. Takie utwory bez sekcji rytmicznej mają mniej dynamiki i dla mnie są dość flegmatyczne, a takich nie zabrakło również na poprzednim albumie. Do dobrych momentów albumu należą jeszcze żwawy "Sparrow" oraz budujący napięcie "Still Getting Used to Being On My Own" o ładnym "walcowatym" rytmie. Reszcie utworów brakuje polotu i zauważam delikatny regres porównując z poprzednikiem "Long Way Down". Mimo wszystko, to wciąż płyta na wysokim poziomie kompozycyjnym i wykonawczym.

poniedziałek, 28 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #4

Rebeka - Davos

Jedną z płyt odbiegającą muzycznie od tematyki tego bloga, której dziś poświęcę czas jest "Davos" duetu Rebeka, prezentującego electro pop. W 2013 roku duet ten wydał debiutancki album "Hellada", który spotkał się z uznaniem krytyków i słuchaczy. "Davos" niestety nie dorównuje poziomem poprzednikowi. Odnoszę wrażenie, że jest on trochę za mało pomysłowy. Nie można natomiast nic zarzucić jeśli chodzi o poziom wykonawczy. "The Trip" sprawia wrażenie tajemniczego i zagadkowego i jest to jeszcze propozycja dość intrygująca i w stylu Rebeki. "What Have I Done" prezentuje podobny klimat, choć jest minimalnie słabszy kompozycyjnie. Największym przebojem będzie tu "Falling", który może konkurować z "Nothing to Give" z poprzednika. Najwięcej energii ma tu chwytliwy refren, który zapada w pamięć i chce się do niego wracać. Charakterystyczną cechą utworu następnego - "Perfect Man" - jest pulsujący rytm i również jest to kawałek warty uwagi. Niestety, potem poziom płyty jakoś spada i album nie przyciąga już zbytnio uwagi. Utwory nie mają ognia i są nużące. Nowością na tym krążku jest pojawienie się jednego utworu w języku polskim ("Białe Kwiaty").




niedziela, 27 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #3

Metallica - Hardwired... To Self-Destruct

Po 8 latach milczenia wreszcie przyszedł czas na nowy album Metaliki. Grupa podobnie jak zespół opisywany tutaj, postanowiła powrócić do lat swej świetności i zaproponowała album zawierający bardzo klasyczny thrash metal. Co charakterystyczne, album ten składa się z dwóch dysków, chociaż jego czas trwania (80 min.) pozwala na wydanie go na jednej płycie CD. Ładnie rzężące gitary wybijają się tu na pierwszy plan i przejścia, zagrywki są tu doskonale dopracowane i spójne. Pierwsze, co zwraca uwagę, to nawiązanie do klasyków. Już w pierwszym utworze można dostrzec gitarowe frazy nawiązujące do utworów z "Kill'em All",  "Master of Puppets" i "Czarnego Albumu". Kawałek ten jest zwięzły, i choć można być złośliwym i posądzić zespół o delikatny autoplagiat, przyjemnie się go słucha. Bardziej rozbudowany jest "Atlas, Rise!" i tam również można odnaleźć dużo nawiązań do szczytowego okresu Mety. W "Now That We're Dead" też wyczuwalny jest klimat "Seek and Destroy". Jak widzimy, tych nawiązań jest sporo, jednak utwory te trzymają poziom, choć wiadomo, że nie dorównają klasykom. "Dream No More" bardzo nużący i niestety, nie dzieje się tam nic, co mogłoby przykuć uwagę. Dla mnie bardziej przekonujący jest pierwszy dysk. Zawiera on solidne, gitarowe granie i liczne zagrywki, które są bardzo urozmaicone. Same kompozycje są również lepsze niż na dysku drugim, gdzie te jednak są już męczące.Mnie osobiście album (jako całość - 2 dyski) nieco zmęczył, lecz sądzę, że fani thrash metalu nie będą zawiedzeni - utworom nie można zarzucić niesolidności czy niedopracowania, w większości są to dobre kompozycje. Mnie jednak bardziej przekonał nowy Megadeth.