wtorek, 9 sierpnia 2016

Dark Star - Dark Star (1981)


























Tracklista:
1. Kaptain America 03:28
2. Backstreet Killer 07:10
3. The Musician 04:10
4. Lady of Mars 04:27
5. Louisa 03:36
6. Rockbringer 04:20
7. Lady Love 04:37
8. Green Peace 06:51

Rok wydania: 1981
Gatunek: Melodic Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Bob Key - gitara, poboczne linie wokalne
Mark Oseland - bas, poboczne linie wokalne
Steve Atkins - perkusja, poboczne linie wokalne
Dave Harrison - gitara, poboczne linie wokalne
Rik Staines - wokal, syntezator

Można się spierać  czy zespół Dark Star można zaliczyć do nurtu NWOBHM, czy raczej jest on reprezentantem melodyjnego rocka lat 70-tych. O przynależności do tego nurtu zadecydował zapewne wydany w 1980 roku singiel "Lady of Mars", który znalazł się na legendarnej składance "Metal for Muthas", prezentującej najlepsze dokonania z okresu New Wave of British Heavy Metal. To on przesądził sprawę i nic dziwnego, bo utwór doskonale wpisuje się w tę ideę. Dzięki niemu Dark Star osiągnął pewną popularność w tamtym czasie, zatem utworu nie mogło zabraknąć na debiutanckiej płycie zespołu. Przy wysłuchiwaniu całości jest jednak wrażenie, że grupa ma zapędy niekiedy bluesowe, wyraźnie za to kieruje się w stronę melodyjnego rocka. Pomijając jednak szufladkowanie, bo nie ono jest tutaj istotne, śmiało można stwierdzić, że mamy do czynienia z dobrym, chwytliwym materiałem. Znajdzie się sporo przebojowości, ale nie brak i nostalgii, w której to najbardziej uwidaczniają się umiejętności muzyków. Produkcja nie zachwyca, ale jest obecny w niej klimat końca lat 70-tych, zupełnie jakby czas dla Dark Star się zatrzymał. Nie przeszkadza ona jednak w odbiorze takich kąsków jak "Kaptain America", z drapieżnym riffem i wokalem Rika Stainesa. Równie chwytliwy jest "Backstreet Killer", okraszony świetnymi solówkami gitarowymi Bob'a Key' a i Dave'a Harrison'a. Ci gitarzyści doskonale się uzupełniają zarówno w tym utworze, jak i na całym albumie i w takich gitarowych kąskach słychać to najlepiej. Jakby na złagodzenie zespół serwuje delikatną balladę "The Musician", która poświadcza zdolności muzyków. Przychodzi czas na największy hicior, czyli "Lady of Mars". Tu mamy NWOBHM w najczystszej postaci - dziarski riff na wstępie, solo i melodia, która też przecież jest kluczowa w popularności utworu, nawet niekoniecznie komercyjnej. Słabiej wychodzą trzy kolejne kompozycje, bo choć gitarzyści silą się na dziarskie, potężne riffy, to jednak całość psują zbyt słodkie, wesołkowate melodie, a w "Lady Love" już na wstępie - cukierkowe solo. Perfekcyjnie natomiast została zrealizowana wysublimowana ballada "Green Peace" podsumowująca materiał. To prawdziwy majstersztyk i perełka na albumie, w której słyszymy bluesowe zapędy gitarzystów w środkowej części utworu. Tą piękną kompozycją grupa udowodniła, że potrafi wspaniale grać.

Znakomity klimat na całym albumie tworzą klawisze obsługiwane przez Staines'a oraz chórki w każdym utworze. Zespół niedoceniony, lecz mimo to wytrwale grał dla fanów w podziemiu . 6 lat później grupa wydała kolejny album i na tym historia Dark Star się zamyka.

8,5/10

czwartek, 21 lipca 2016

[Relacja] 02.07.2016 Black Sabbath, Tauron Arena Kraków

2 lipca do Tauron Areny w Krakowie zawitał Black Sabbath. Była to jedna z ostatnich okazji, by zobaczyć to legendarne trio (wraz z Tommym Clufetosem) na żywo, gdyż wedle zapowiedzi zespołu, ta trasa jest trasą pożegnalną. Po niej nastąpi wielki koniec kariery "najlepszej heavy metalowej formacji wszech czasów". Główny punkt programu poprzedził występ grupy Rival Sons, który był jedynie namiastką tego, co miało zdarzyć się później.

Ozzy Osbourne (fot. Jakub Dudek)
Black Sabbath (fot. Jakub Dudek)

Oba występy rozpoczęły się ok. 10 minut przed planowanym czasem, co jak mniemam, było uciechą dla koncertowiczów przyzwyczajonych do wielominutowych, a czasem godzinnych opóźnień. Po interesującej wizualizacji będącej zapowiedzią wkroczenia Black Sabbath na scenę oraz po opadnięciu kurtyny ujrzeliśmy wreszcie tych niezastąpionych muzyków. Odgłosy burzy i dzwonów wyraźnie obwieściły fanom, z jakim utworem będą mieli do czynienia. Ten protoplasta muzyki doom doskonale spełnił swą rolę na koncercie i brzmiał tak solidnie jak na płycie. "Fairies Wear Boots" wprowadził lekkie ożywienie i rozruszał publikę. Następnie zaczęły się numery z trzeciego, chyba najbardziej mrocznego albumu Sabbsów - żwawy "After Forever" oraz walcowaty "Into the Void". Oba brzmiały zacnie.

Ozzy Osbourne, Tony Iommi (fot. Jakub Dudek)
Geezer Butler (fot. Jakub Dudek)
Tommy Clufetos (fot. Jakub Dudek)

Nie mogło zabraknąć "N.I.B." ze słynnym basowym popisem Geezera Butlera. Na tym koncercie użył on tzw. "kaczki" w początkowej części utworu, co tylko uatrakcyjniło jego odbiór. Swoje 5 minut (przysłowiowe, bo w praktyce nieco więcej) miał Tommy Clufetos, który po początkowej części "Rat Salad" wykonał solo na perkusji. Mimo, że perkusyjne solówki nie zachwycają, to podziwiać należy wytrwałość i energię tego młodego perkusisty. Widać było, że na publice jego solowe popisy robią duże wrażenie. Po tym perkusyjnym łomocie przyszedł czas na "Iron Mana", zagranego dość wolno i ociężale, ale czego wymagać od prawie 70-letnich dziadków. Mimo wszystko, słuchało się tego klasyka z niewysłowioną przyjemnością.
Geezer Butler (fot. Jakub Dudek)
Tommy Clufetos (fot. Jakub Dudek)
Tony Iommy (fot. Jakub Dudek)
 Nie obyło się bez killera w postaci "Children of the Grave" i stałego numeru Ozziego z oblewaniem wodą publiczności. Wyszło po prostu perfekcyjnie. Niestety, jak się okazało, był to ostatni kawałek w tym secie. Black Sabbath zaczął żegnać się z publiką, chociaż tak naprawdę każdy wiedział, że grupa wróci na bis. Wiedział o tym doskonale także i Ozzy, który sam zresztą zachęcał tłum, by krzyczał "one more song, one more song". A tym kolejnym "songiem" okazał się być "Paranoid", który totalnie porwał fanów.

Jak widać, fani świetnie się bawili (fot. Jakub Dudek)
Ozzy Osbourne (fot. Jakub Dudek)

Black Sabbath (fot. Jakub Dudek)
 Zdecydowanie na plus zalicza się dobór utworów. Zostały wykonane same szlagiery, głównie z trzech pierwszych płyt, choć wiadomo, że chciałoby się jeszcze więcej i dłużej. Brakowało też nieco jakichś utworów z najnowszej płyty, chociażby "God is Dead?" czy "Loner", ale nie była to jakaś wielka bolączka.
Tony Iommy (fot. Jakub Dudek)
Tony Iommy (fot. Jakub Dudek)
Black Sabbath (fot. Jakub Dudek)
 Nagłośnienie było bardzo dobre. Ciężko w tej kwestii mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Wszystkie instrumenty oraz wokal brzmiały solidnie i nikt nikogo nie zagłuszał.

Fot. Jakub Dudek
Fot. Jakub Dudek

Może to nie był najlepszy koncert na jakim byłem, ale z pewnością najważniejszy w moim życiu. Pierwszy i zapewne ostatni raz zobaczyłem na żywo zespół, na którego muzyce się wychowałem, który w ogromnym stopniu ukształtował mój muzyczny gust. Występ oceniam bardzo pozytywnie, choć grupa zagrała stanowczo za krótko. Forma muzyków, jeśli przyjąć odpowiednie kryteria, była zadowalająca. Nigdy nie wymagało się wiele od Ozziego, więc śmiało można uznać, że zaśpiewał na miarę swych możliwości i żadnej poważnej wpadki nie zaliczył. Dobrze poradził sobie Butler, a Tommy Clufetos jako młody perkusista, ma mnóstwo werwy i zapału. Choć nie zastąpi Warda, to doskonale wpasował się w repertuar grupy i sądzę, że nikomu jego obecność nie przeszkadzała. Czuć natomiast było zmęczenie w grze Iommiego, zwłaszcza w partiach solowych. Co prawda w Black Sabbath, jak i w heavy metalu, zasłużył się on głównie riffami, a jego solówki, choć bardzo charakterystyczne, nigdy nie były dynamiczne, to jednak kiedyś brzmiały one bardziej dziarsko. Cóż, wiek i choroba niestety nie oszczędzają ojca heavy metalu. Tym niemniej, muzycy dali z siebie wszystko, a koncert uważam za niesamowicie udany.

Fot. Jakub Dudek
Fot. Jakub Dudek
Setlista:
1. "Black Sabbath"
2. "Fairies Wear Boots"
3. "After Forever"
4. "Into The Void"
5. "Snowblind"
6. "War Pigs"
7. "Behind The Wall Of Sleep" / "Wasp"
8. "N.I.B." / "Bassically"
9. "Hand Of Doom"
10. "Rat Salad" (wraz z perkusyjnym solo Tommiego Clufetosa)
11. "Iron Man"
12. "Dirty Women"
13. "Children Of The Grave"
---
14. "Paranoid"

sobota, 21 maja 2016

Diamond Head - Lightning to the Nations (1980)

























(zobacz również--> "10 zespołów NWOBHM wartych uwagi")

Tracklista:

1. Lightning to the Nations 4:15
2. The Prince 6:27
3. Sucking My Love 9:35
4. Am I Evil? 7:39
5. Sweet and Innocent 3:13
6. It's Electric 3:57
7. Helpless 6:51

Rok wydania: 1980
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Brian Tatler – gitara, wokal wspierający
Sean Harris – wokal
Duncan Scott – perkusja
Colin Kimberly – gitara basowa

Diamond Head to zespół nietuzinkowy. Jego pozycja na rynku muzycznym została ugruntowana zaledwie jednym wspaniałym albumem "Lightning To The Nations", wydanym w roku 1980. Krążek ukazał się zatem w czasie sprzyjającym brytyjskim zespołom grającym heavy metal, jednak na zrobienie kariery mogły liczyć te, które oprócz niebywałego talentu potrafiły w swej muzyce dodać iskrę przebojowości. Powyższy album z pewnością jest jednym z najistotniejszych nie tylko w NWOBHM, ale w ogóle w całym heavy metalu, mimo, że nigdy nie osiągnął popularności na miarę albumów Iron Maiden czy Saxon, bo taki rodzaj muzyki zwyczajnie się nie sprzedawał. Diamond Head zdecydowanie nie postawił tu na przebojowość, ale nagrał za to jedno z arcydzieł heavy metalu. To tutaj słyszymy pierwsze thrashowe próby, patenty, które w późniejszym czasie zostały wykorzystanie w twórczości thrashmetalowych zespołów. Chociaż nie ulega wątpliwości, że to heavy metal, w dodatku jak najbardziej wpisujący się w nurt NWOBHM, to jednak słychać w tej muzyce progresywne czy wręcz bluesowe zapędy. Specyfika tego albumu polega na niejednorodności utworów, powtarzających się motywach gitarowych oraz niezwykłym i bardzo charakterystycznym wokalu Seana Harrisa. Nieskazitelnie czysty, wysoki, czasem niepokojący lub tajemniczy. Podejrzewam, że taki głos byłby w stanie wyciągnąć zespół z największej wpadki, czyniąc nawet przeciętny numer przepiękną kompozycją. Ukłon również w stronę gitarzysty, którego riffy nie tyle wpadają w ucho, ile hipnotyzują. Wprowadzają w niezwykły stan chwilowej nieświadomości, można przy nich totalnie odpłynąć. Przykładów na wyjątkowość tego dzieła jest tu wiele. "Am I Evil". Złowieszczy riff, który w tamtych latach mógł budzić grozę i podziw. Nic dziwnego, że Metallica wzięła go na warsztat. No i ten pełen niepokoju wokal...Coś niebywałego. Albo "Sucking My Love". Który zespół tamtego okresu potrafił wprowadzić słuchacza w taki stan psychodelii? Niespełna dziesięć minut muzyki, a przemija niczym chwila. Warto zwrócić uwagę na niezwykle płynne przejście z heavy metalowych zagrywek do balladowego wstępu. Końcowa część to tylko powtórzenie riffu początkowego, jednak tym razem to bas pełni wiodącą rolę. Ponownie pełen ekspresji i emocji wokal Harrisa...Jak się nie zatopić w tych dźwiękach...Jakby dla przeciwwagi zespół serwuje kapitalny, rockowy i przebojowy - czy taki miał zamysł? - "Sweet and Innocent". Nie ma w nim śladu po wcześniejszej psychodelii, jest za to rockowy polot, zdecydowanie bliższy idei New Wave of British Heavy Metal. Niewykluczone, że to ten utwór miał być przepustką do uzyskania kontraktu. Zastanawia mnie, co by było, gdyby tę kompozycję jako pierwszy nagrał inny wykonawca - czy byłaby równie porywająca? "Lightning to the Nations" to niby prosty kawałek, ale jednak przyciąga swoistością i specyfiką. Płytę kończy niejednorodny stylistycznie "Helpless". Zauważmy, ile znakomitych riffów ta świetna kompozycja zdołała pomieścić.

Diamond Head to jedna z perełek NWOBHM, a "Lightning to the Nations" to dzieło przełomowe. Każdy muzyk odpowiedzialny za wkład w jego powstanie to muzyk niezwykle utalentowany, ponadto, każdy wspiął się na wyżyny swych możliwości. Tak unikatowe albumy nagrywa się tylko raz.

9,7/10



poniedziałek, 16 maja 2016

Oxym - Passing Through Gateways (2016)

























Tracklista:
1. 4 Minute Warning 3:08
2. Kickstart 3:49
3. Two Way Mirror 3:14
4. From the City 4:01
5. High Speed Loser 4:12
6. No One to Lean On 4:04
7. Buy the Time 4:40
8. Sea 3:54
9. Love at a Distance 3:16
10. Witch Hunt at Salem 5:17
11. Hot Rain 3:31


Rok wydania: 2016
Gatunek: Heavy Metal (NWOBHM)
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:
Peter Joe Hulmes - wokal 
Pete Gardiner - gitara
Doz McCarthy -gitara
Nigel Tolly Talbot - bas, wokal wspierający
Mike Wilson - perkusja

Zespół Oxym swą muzyczną przygodę rozpoczął już w 1980 roku, wydając singiel "Music Power", prezentujący granie przywołujące na myśl dokonania Black Sabbath czy Angel Witch. Po jego wydaniu zamilknął i przepadł wśród plagi zespołów NWOBHM powstających w tym czasie. Po trzydziestu sześciu latach nieobecności na rynku muzycznym Oxym powraca z pełnometrażowym albumem, który jest ewidentnym nawiązaniem do okresu NWOBHM. Z oryginalnego składu zostali tylko Nigel Tolly Talbot oraz Mike Wilson. Na miejsce reszty członków przyszli znakomici gitarzyści Pete Gardiner i Doz McCarthy oraz charakterystyczny gardłowy Peter Joe Hulmes.

Album dostarcza nam pełno klasycznego, heavy metalowego grania spod znaku NWOBHM i gdyby nie nowoczesne brzmienie, materiał ten spokojnie mógłby się ukazać w latach 80-tych. Pierwsze, co zwraca uwagę to głos Hulmesa i chociaż jego umiejętności wokalne nie są najwyższych lotów, to jednak ta specyficzna barwa głosu tworzy klimat tamtych czasów. Największą zaletą na albumie jest sprawny duet gitarzystów, bowiem riffy i solówki w wielu utworach są bardzo przemyślane, a ponadto słychać doskonałe zgranie Gardinera i McCarthiego. Już na wstępie mamy dwa solidne numery dostarczające dobrej gitarowej łupaniny. "4 Minute Warning" to mocne i toporne granie, z kolei "Kickstart" bardziej żwawe i energiczne. W "Two Way Mirror" mamy pewne nawiązania do Saxon czy wczesnego Judas Priest i chociaż takiego grania jest już naprawdę dużo, to utwór nie nuży. Pojawiają się też utwory proste, wręcz sztampowe, tj. beznamiętny "No One to Lean On", niespójny "Buy the Time" czy komercyjny wręcz "Sea" z przesłodzoną melodią.

Najbardziej rozbudowanym i w moim mniemaniu najlepszym utworem jest "Witch Hunt at Salem", którego otwiera charakterystyczna zagrywka na wstępie. To w nim słyszymy świetne zgranie gitarzystów, a sam utwór bardzo nawiązuje do brytyjskiej tradycji. Wydawnictwo zamyka nagrany jeszcze w latach 80-tych "Hot Rain".

Płytę "Passing Through Gateways" wyróżnia sprawna gra Gardinera i McCarthiego i w większości przemyślane kompozycje. Niektóre z nich są mniej udane, a ponadto brakuje często chwytliwej melodii, co być może jest spowodowane ograniczeniami wokalnymi Hulmesa. Jednak mimo pewnych niedoskonałości to pozycja godna polecenia fanom brytyjskiego heavy metalu.

7,5/10



czwartek, 12 maja 2016

Diamond Head - Diamond Head (2016)


























Tracklista:
1. Bones 4:12
2. Shout At The Devil 4:04
3. Set My Soul On Fire 4:24
4. See You Rise 4:16
5. All The Reasons You Live 5:24
6. Wizards Sleeve 3:19
7. Our Time Is Now 4:28
8. Speed 4:08
9. Blood On My Hands 4:24
10. Diamonds 3:24
11. Silence 6:23

Rok wydania: 2016
Gatunek: Heavy Metal
Kraj: Wielka Brytania

Skład zespołu:

Brian Tatler – gitara prowadząca, gitara rytmiczna, wokal wspierający
Eddie Moohan – gitara basowa
Karl Wilcox – perkusja
Andy "Abbz" Abberley – gitara rytmiczna
Rasmus Bom Anderson – wokal prowadzący 

Legenda NWOBHM i jedna z najbardziej wpływowych grup w heavy metalu Diamond Head na swoim najnowszym albumie nawiązuje do swoich dwóch pierwszych klasycznych produkcji. Po wydanym dziewięć lat temu żenującym "What's In Your Head" Diamond Head się reflektuje i prezentuje dzieło dziarskie i z polotem. W zdumienie wprawia fakt, że od 2014 roku stanowisko wokalisty zajmuje Rasmus Bom Anderson, bowiem śpiewa on z niemal identyczną manierą śpiewania pierwszego wokalisty zespołu, Seana Harrisa. Na albumie słyszymy też jedynego stałego członka zespołu, Briana Tatlera, który ze względu na swoje umiejętności techniczne i charakterystyczną grę jest niezastąpiony dla grupy niczym Tony Iommi dla Black Sabbath. 

"Bones" to właśnie taki klasyczny Diamond Head. Niepokojąca zagrywka na wstępie dość mocno kojarzy się z latami świetności grupy i doskonale przywraca ducha dawnego, nietuzinkowego zespołu jakim był Diamond Head w latach 80-tych. Następnie dostajemy solidny zastrzyk energii w postaci "Shout At The Devil". Ten jest już zdecydowanie bardziej nowoczesny i ukierunkowany na heavy metal XXI wieku. Czuć jednak tę brytyjskość, bowiem stylistycznie utwór skierowany jest raczej w stronę nowego Tank czy Tygers of Pan Tang. W "Set My Soul On Fire" epickość miesza się z rasową, heavy metalową energią. Wychodzi niesamowicie i warto tu zwrócić uwagę na rewelacyjny wokal Rasmusa Boma Andersona. Mocną stroną są także świetne solówki, co zresztą jest zaletą całego albumu. W "All The Reasons You Live" niezwykłe wrażenie robią orkiestrowe smyczki dodające utworowi podniosłości i monumentalności. "Wizards Sleeve" rozpoczyna się dość typowym i oklepanym riffem, jednak w dalszej części utwór ładnie się rozwija i słucha się go z niewysłowioną przyjemnością. Zwłaszcza, że to tutaj najwyraźniej udało się grupie nawiązać do klimatu dawnych płyt zespołu, a ponadto połączyć dawną świetność z iście dziarskim, nowoczesnym brytyjskim heavy graniem. W tym miejscu również ukłon w stronę Andersona, któremu rewelacyjnie udało się nawiązać do maniery śpiewania dawnego wokalisty zespołu do tego stopnia, że gotów byłbym pomyśleć, że to śpiewa sam Harris. Przebojowy charakter posiada "Diamonds", a słychać to poprzez chwytliwą melodię oraz sprawną, żwawą grę muzyków. Świetnie się go słucha, bo kto powiedział, że przebojowość musi być zła? Interesujące są tu również pauzy w środkowej części utworu, a ich stosowanie dowodzi tylko idealnego zgrania muzyków. Na koniec epicki i niepokojący "Silence", który ewidentnie kojarzy się z zeppelinowskim "Kashmirem". Ponownie smaczku dodają orkiestrowe smyczki.

Z pewnością można stwierdzić, że jest to najlepsze dzieło zespołu od czasu "Borrowed Time", a nawet od czasu przełomowego "Lightning to the Nations". Grupa w swojej grze doskonale oddała ducha i klimat lat minionych, łącząc je z nowoczesnym, choć zakorzenionym w brytyjskiej tradycji, heavy metalem.

8,5/10