poniedziałek, 19 grudnia 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #8

Toad - Toad (1971)

Lata 70-te to dominacja hard rocka połączonego z rockiem progresywnym i pod tym względem Toad nie był wyjątkiem. Pierwsze skojarzenia, jakie mam przy słuchaniu debiutanckiego albumu tej szwajcarskiej grupy to zespół Budgie. Chodzi głównie o gitarzystę, który zdecydowanie wybija się tu na pierwszy plan. Vic Vergeat wycina tutaj tak "pokręcone" riffy i solówki, jakimi może poszczycić się jedynie Tony Bourge. "Cotton Wood Hill" jasno pokazuje swą specyfikę przekazu. Oprócz specyficznej gry gitary, w środku utworu występują chórki charakterystyczne także dla grupy Budgie. Sola gitarowe niekiedy są udziwnione aż do przesady, w niektórych utworach tj. "They Say I'm Mad" obecny jest także ich przesyt. Vic Vergeat nie daje szansy pokazania swych umiejętności pozostałym muzykom i chociaż jest znakomitym gitarzystą, czasami jego solówek ma się po prostu dość. Nie powinno dziwić, że mocno wzoruje się on na Jimim Hendrixie, gdyż najpopularniejsze utwory grupy są coverami właśnie Jimiego Hendrixa. W stylu gry Vica można dopatrzeć się wyraźnych wpływów funk rocka, co dobitnie pokazuje częste wykorzystywanie tzw. "kaczki" i efektu wah-wah. W Pig's Walk pole do popisu ma również perkusista. Cosimo Lampis zarówno tu, jak i na całej płycie odwala kawał dobrej roboty. Oprócz mocnego jak na tamte czasy grania obecna jest też jedna spokojna ballada - "The One I Mean" oraz bardzo rozbudowany "Life's Goes On" także zawierający balladowy fragment. Utwory te są doskonałą odskocznią i pokazuje talent muzyków również w tej dziedzinie. Płyta, choć niepozbawiona wad - z czego największą jest zbyt duża ilość solówek - jak najbardziej warta uwagi dla fanów gatunku.

czwartek, 15 grudnia 2016

[Artykuł] Podsumowanie 2016 roku

Kolejny miniony rok przyniósł kilka dobrych płyt uznanych już w świecie rocka i metalu muzyków. Oceniam, że był to niezły rok pod względem pojawienia się nowych wydawnictw i z pewnością lepszy od poprzedniego, choć wydaje się oczywiste, iż mogło być lepiej. Zauważalny jest powrót zespołów NWOBHM do muzycznego świata i tu największym zaskoczeniem jest grupa Oxym, która po wydaniu singla "Music Power" w 1980 roku zapadła w sen zimowy na trzydzieści sześć lat. Ten rok zaowocował wydaniem jej debiutanckiego albumu nagranym w nieco innym składzie niż na początku działalności. Żadna tegoroczna płyta nie sprawiła, że ukląkłem na kolana, niemniej, w moim zestawieniu nie znajduje się ani jedna płyta, którą określiłbym jako słabą. Znalazło się natomiast kilka przeciętniaków, które nie przynoszą zespołom ani chwały, ani wielkiej porażki. Już samo to jest sporym pozytywem, dlatego zachęcam do zapoznania się z moją subiektywną listą płyt 2016 roku.

1. Big Cyc - Czarne Słońce Narodu

Konotacje polityczne chłopaków z Big Cyca są oczywiste. Pokazał je wydany 10 lat temu album "Moherowe Berety", więc teraz, kiedy partia Jarosława Kaczyńskiego znów jest u władzy, Big Cyc nie mógł przepuścić okazji, by po raz kolejny "dowalić" tej partii. Na "Czarnym słońcu Narodu" możemy dopatrzeć się różnych stylów - od punka po hard rock, czy nawet rock'n'roll z bluesowymi i funkowymi naleciałościami. Znalazło się miejsce również na wirtuozerię w postaci takich ozdobników jak klawiszowe solówki. To, co na klawiszach wyczynia Gadak to po prostu majstersztyk. Wbrew pozorom, idealnie się to komponuje z bezlitosną gitarową łupaniną. I chociaż Big Cyc od zawsze miał zapędy do melodii i popu, co nie zawsze wychodziło dobrze, tak tutaj nie ma mowy o żadnej ckliwości czy komercyjnej przebojowości. Uświadczyć możemy po prostu dobre, chwytliwe melodie, które od razu wpadają w ucho. Taka mieszanka bardzo urozmaica album i pokazuje, że zespół się rozwinął pod względem artystycznym. W tekstach nie ma miejsca już na "jaja" w stylu "Facet to świnia" czy "Rudy się żeni", są jedynie celne komentarze odnośnie sytuacji politycznej w kraju i chociaż przestawione w nie do końca poważny sposób, to jednak napawające lękiem. Niezależnie od przekonań politycznych, płyta pod względem muzycznym spodoba się każdemu maniakowi rocka. Oferuje bowiem materiał treściwy, spójny, chwytliwy, a przede wszystkim nastawiony na gitarowy odlot.




2. Diamond Head - Diamond Head

Legenda NWOBHM i jedna z najbardziej wpływowych grup w heavy metalu Diamond Head na swoim najnowszym albumie nawiązuje do swoich dwóch pierwszych klasycznych produkcji. Po wydanym dziewięć lat temu żenującym "What's In Your Head" Diamond Head się reflektuje i prezentuje dzieło dziarskie i z polotem. W zdumienie wprawia fakt, że od 2014 roku stanowisko wokalisty zajmuje Rasmus Bom Anderson, bowiem śpiewa on z niemal identyczną manierą śpiewania pierwszego wokalisty zespołu, Seana Harrisa. Na albumie słyszymy też jedynego stałego członka zespołu, Briana Tatlera, który ze względu na swoje umiejętności techniczne i charakterystyczną grę jest niezastąpiony dla grupy niczym Tony Iommi dla Black Sabbath. Z pewnością można stwierdzić, że jest to najlepsze dzieło zespołu od czasu "Borrowed Time", a nawet od czasu przełomowego "Lightning to the Nations". Grupa w swojej grze doskonale oddała ducha i klimat lat minionych, łącząc je z nowoczesnym, choć zakorzenionym w brytyjskiej tradycji, heavy metalem. Obowiązkowa pozycja nie tylko dla fanów zespołu, ale i dla miłośników heavy metalu.




3. Grim Reaper - Walking in the Shadows

Ciekawą propozycję dostarczyła nam w tym roku grupa Grim Reaper. Szczerze mówiąc, na wiadomość o nowej płycie Grim Reaper nie zareagowałem entuzjastycznie. Znając obecną formę wokalną Steve'a Grimmeta, niegdyś wielkiego głosu i znaku rozpoznawczego zespołu obawiałem się, że album będzie nie do zniesienia, a Grimmet tylko się skompromituje. Tak się na szczęście nie stało. Grimmet i spółka swoje ostatnie dzieło wydali w 1987 roku, a więc po 29 latach milczenia grupa powróciła z nowym materiałem o nazwie "Walking in the Shadows" oferującym przyzwoite gitarowe granie. Oprócz Steve'a Grimmeta, na krążku można usłyszeć gitarzystę Richie'a Yeatesa, basistę Chaz'a Grimaldi oraz perkusistę Paul'a White'a. Dopatruję się tu podobieństw do Edguy czy Gamma Ray i innych tego typu power metalowych grup. Mimo wszystko, to ciągle heavy metal i ciągle Grim Reaper - tego ducha ich lat świetności wciąż można wyraźnie wyczuć. Znakomity jest już pierwszy utwór "Wings of Angels" rozpoczynający się złowieszczo. Zagrywka jest chwytliwa i przypominająca power metalowe dokonania. Również Grimmet śpiewa trochę w tym stylu. Utwór tytułowy także jest świetny. W przeciwieństwie do poprzednika, jest zdecydowanie nastawiony na przebojowość. Warte uwagi są też m. in. "Reach Out"", "I'm Coming for You" czy ""Come Hell or High Water". Nie uświadczymy monotonii, choć po 50 minutach materiał może trochę nużyć. Przydałoby się jakieś urozmaicenie w postaci ballady, czy instrumentu klawiszowego, ale to właściwie jedyna moja uwaga co do tego materiału.




4. Megadeth - Dystopia

Spółka Rudego również zaoferowała porządną porcję gitarowego grania. "Dystopia" to album utrzymany w stylistyce bliższej bardziej tradycyjnemu heavy niż klasycznemu thrash metalowi, jednak mimo wszystko nawiązujący w jakimś stopniu do ich dokonań z lat 80-tych. Charakteryzują go dynamiczne, agresywne gitary oraz mroczny, chropowaty wokal. Wrażenie robią szybkie i sprawne solówki gitarowe. Solidna produkcja również jest tu zaletą - wszystkie instrumenty i wokal słychać bardzo dobrze. Choć przodują gitary, to nie zagłuszają one pozostałych instrumentów. Pierwsze dwa utwory ("The Treat is Real" i "Dystopia") skierowane są raczej w stronę heavy, natomiast trzeci - "Fatal Illusion" to już thrashowy majstersztyk, którego urozmaica basowy popis Davida Ellefsona na początku utworu. Wyraźnym nawiązaniem do dokonań z lat 80-tych jest utwór "Post American World", który na moje uszy subtelnie przypomina "Symphony of Destruction". Bardzo niepokojący i budzący grozę "Poisonus Shadows" także robi wrażenie. W nagraniu albumu, oprócz członków Megadeth wzięli udział gościnnie m. in. Chris Adler na perkusji, Farah Siraj na wokalu oraz Miles Doleac występujący w roli narratora. Mimo, że album dość wydelikacony jak na thrash metal, to jednak nie można mu odmówić dobrego poziomu wykonawczego i kompozycyjnego. Sądzę, ze fani nie będą zawiedzeni.




5. Metallica - Hardwired... To Self-Destruct


Po 8 latach milczenia wreszcie przyszedł czas na nowy album Metaliki. Grupa podobnie jak zespół opisywany poprzednio, postanowiła powrócić do lat swej świetności i zaproponowała album zawierający bardzo klasyczny thrash metal. Co charakterystyczne, album ten składa się z dwóch dysków, chociaż jego czas trwania (80 min.) pozwala na wydanie go na jednej płycie CD. Ładnie rzężące gitary wybijają się tu na pierwszy plan i przejścia, zagrywki są tu doskonale dopracowane i spójne. Pierwsze, co zwraca uwagę, to nawiązanie do klasyków. Już w pierwszym utworze można dostrzec elementy, zagrywki, gitarowe frazy nawiązujące do utworów z "Kill'em All",  "Master of Puppets" i "Czarnego Albumu". Kawałek ten jest zwięzły, i choć można być złośliwym i posądzić zespół o delikatny autoplagiat, przyjemnie się go słucha. Bardziej rozbudowany jest "Atlas" i tam równie można odnaleźć dużo nawiązań do szczytowego okresu Mety. W "Now" też wyczuwalny jest klimat "Seek and Destroy". Jak widzimy, tych nawiązań jest sporo, jednak utwory te trzymają poziom, choć wiadomo, że nie dorównają klasykom. "Dream No More" bardzo nużący i niestety, nie dzieje się tam nic, co mogłoby przykuć uwagę. Dla mnie bardziej przekonujący jest pierwszy dysk. Zawiera on solidne, gitarowe granie i liczne zagrywki, które są bardzo urozmaicone. Same kompozycje są również lepsze niż na dysku drugim, gdzie te jednak są już męczące.Mnie osobiście album (jako całość - 2 dyski) nieco zmęczył, lecz sądzę, że fani thrash metalu nie będą zawiedzeni - utworom nie można zarzucić niesolidności czy niedopracowania, w większości są to dobre kompozycje. Mnie jednak bardziej przekonał nowy Megadeth.




6. Oxym - Passing Through Gateways

Po trzydziestu sześciu latach nieobecności na rynku muzycznym Oxym powraca z pełnometrażowym albumem, który jest ewidentnym nawiązaniem do okresu NWOBHM. Z oryginalnego składu zostali tylko Nigel Tolly Talbot oraz Mike Wilson. Na miejsce reszty członków przyszli znakomici gitarzyści Pete Gardiner i Doz McCarthy oraz charakterystyczny gardłowy Peter Joe Hulmes. Album dostarcza nam pełno klasycznego, heavy metalowego grania spod znaku NWOBHM i gdyby nie nowoczesne brzmienie, materiał ten spokojnie mógłby się ukazać w latach 80-tych. Pierwsze, co zwraca uwagę to głos Hulmesa i chociaż jego umiejętności wokalne nie są najwyższych lotów, to jednak ta specyficzna barwa głosu tworzy klimat tamtych czasów. Największą zaletą na albumie jest sprawny duet gitarzystów, bowiem riffy i solówki w wielu utworach są bardzo przemyślane, a ponadto słychać doskonałe zgranie Gardinera i McCarthiego. Już na wstępie mamy dwa solidne numery dostarczające dobrej gitarowej łupaniny. "4 Minute Warning" to mocne i toporne granie, z kolei "Kickstart" bardziej żwawe i energiczne. W "Two Way Mirror" mamy pewne nawiązania do Saxon czy wczesnego Judas Priest i chociaż takiego grania jest już naprawdę dużo, to utwór nie nuży. Pojawiają się też utwory proste, wręcz sztampowe, tj. beznamiętny "No One to Lean On", niespójny "Buy the Time" czy komercyjny wręcz "Sea" z przesłodzoną melodią. Zdecydowanie perłą na albumie jest znakomity "Witch Hunt at Salem". Płytę "Passing Through Gateways" wyróżnia sprawna gra Gardinera i McCarthiego i w większości przemyślane kompozycje. Niektóre z nich są mniej udane, a ponadto brakuje często chwytliwej melodii, co być może jest spowodowane ograniczeniami wokalnymi Hulmesa. Jednak mimo pewnych niedoskonałości to pozycja godna polecenia fanom brytyjskiego heavy metalu.




7. Rebeka - Davos

Jedną z płyt odbiegającą muzycznie od tematyki tego bloga znajdującą się w tym zestawieniu jest "Davos" duetu Rebeka, prezentującego electro pop. W 2013 roku duet ten wydał debiutancki album "Hellada", który spotkał się z uznaniem krytyków i słuchaczy. "Davos" niestety nie dorównuje poziomem poprzednikowi. Odnoszę wrażenie, że jest on trochę za mało pomysłowy. Nie można natomiast nic zarzucić jeśli chodzi o poziom wykonawczy. "The Trip" sprawia wrażenie tajemniczego i zagadkowego i jest to jeszcze propozycja dość intrygująca i w stylu Rebeki. "What Have I Done" prezentuje podobny klimat, choć jest minimalnie słabszy kompozycyjnie. Największym przebojem będzie tu "Falling", który może konkurować z "Nothing to Give" z poprzednika. Najwięcej energii ma tu chwytliwy refren, który zapada w pamięć i chce się do niego wracać. Charakterystyczną cechą utworu następnego - "Perfect Man" - jest pulsujący rytm i również jest to kawałek warty uwagi. Niestety, potem poziom płyty jakoś spada i album nie przyciąga już zbytnio uwagi. Utwory nie mają ognia i są nużące. Nowością na tym krążku jest pojawienie się jednego utworu w języku polskim ("Białe Kwiaty").




8. Tom Odell - Wrong Crowd

"Wrong Crowd" to kolejna propozycja stanowiąca opozycję do gitarowego łomotu. Tom Odell, uzdolniony młody muzyk jest brytyjskim pianistą, kompozytorem i autorem tekstów piosenek. Jego muzyka niezwykle przyciąga zwłaszcza polskich fanów, o czym sam zainteresowany przekonał się już kilkukrotnie. Jego ostatni koncert w naszym kraju odbył się w Poznaniu, dokładnie w urodziny artysty - 24 listopada. Jak sam przyznaje, wybierając imprezę z polskimi fanami zamiast dnia wolnego, podjął najlepszą decyzję, jaka mogła przyjść mu do głowy. Utworem lansowanym w radiu był "Magnetised". Jest to chwytliwa, dynamiczna kompozycja i bardzo dobry wybór na utwór promujący. Spokojniejszy "Concrete" również jest warty uwagi ze względu na ciekawe budowanie nastroju. "Constellations" to kompozycja zagrana prawie wyłącznie przez Odella - bez sekcji rytmicznej, od czasu do czasu pojawiają się skrzypcowe smyczki. Takie utwory bez sekcji rytmicznej mają mniej dynamiki i dla mnie są dość flegmatyczne, a takich nie zabrakło również na poprzednim albumie. Do dobrych momentów albumu należą jeszcze żwawy "Sparrow" oraz budujący napięcie "Still Getting Used to Being On My Own" o ładnym "walcowatym" rytmie. Reszcie utworów brakuje polotu i zauważam delikatny regres porównując z poprzednikiem "Long Way Down". Mimo wszystko, to wciąż płyta na wysokim poziomie kompozycyjnym i wykonawczym.




9. Tygers of Pan Tang - Tygers of Pan Tang


Nowy materiał tygrysów nie był zaskoczeniem dla fanów. Formacja zaprezentowała hard rocka, jakiego dostarcza nam od lat. Żywiołowego, aczkolwiek tylko pod względem produkcyjnym. Kompozycyjnie bowiem płyta jest średniakiem. Momentami mam wrażenie, że grupa wpada w niesłuszny i niebywały entuzjazm grając "Glad Rags" czy "Do It Again", które są zwykłymi popłuczynami. Świetni muzycy nie ratują sytuacji, kiedy kompozycje nie prezentują niczego wybitnego, a czasem wręcz męczą. Generalnie porównywalnie z poprzednikiem. Dobry szlif produkcyjny nie przywróci świetności "Wild Cata" czy Spellbound". Oczywiście, jak zawsze kilka perełek można znaleźć jak np. nostalgiczną balladę "The Reason Why", która została mistrzowsko zrealizowana, sprawnie zagrany "Dust" czy wykonany wyłącznie przez Jacopo Meile "Angel in Disguise" na gitarze akustycznej, co jest nowością w muzyce TOPT. Na albumie zauważalne są też heavy metalowe momenty, jak np. riffy w "Only the Brave", "Blood Red Sky" czy "The Devil You Know". 





niedziela, 4 grudnia 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #7


Lucifer's Friend - Lucifer's Friend

Dziwne, że dopiero niedawno dane mi było zapoznać się z tym znakomitym zespołem. Lucifer's Friend to niemiecka grupa założona w Hamburgu wykonująca hard rock oraz rock progresywny. Swój debiut wydała w 1970 roku. Jest to rok ukazania się takich albumów jak "Black Sabbath" i  "Paranoid" Black Sabbath, "III" Led Zeppelin, "Deep Purple in Rock" Deep Purple czy "Very 'eavy... Very 'umble" Uriah Heep. Nie bez kozery wymieniam albumy tych hard rockowych tuz, bowiem debiut Przyjaciela Lucyfera prezentuje granie, które natychmiastowo przywołuje skojarzenia z tymi zespołami. Już w pierwszym utworze - "Ride in the Sky" - pojawia się solo Petera Hechta na waltorni kojarzące się z wokalem Planta w "Immigrant Song". Ciężko tego nie dostrzec, choć nie wiadomo, która z grup szybciej wpadła na ten pomysł, gdyż ich albumy z tymi utworami pochodzą z tego samego roku. Nie wiem czy można powiedzieć, że zespół był zainspirowany wymienionymi brytyjskimi grupami. Na początku lat 70-tych po prostu tak się grało, był popyt na dokładnie taką muzykę. Mimo wszystko, nawiązania są wyraźne - organy Hammonda, których brzmienie jest nie do pomylenia przywołują na myśl grupy takie jak Deep Purple czy Uriah Heep. Znowu styl grania Petera Hessleina mocno przypomina styl Tonny'ego Iommiego, a wokal Johna Lawtona głos Roberta Planta. Nie jest to jednak wtórne dla słuchacza obytego z twórczością legend brytyjskiego hard rocka  - Lucifer's Friend jest w tym wszystkim bardzo swoisty i charakterystyczny. Warto zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną. Mistrzostwo świata na basie wyczynia Dieter Horns w takich utworach jak "Everybody's Clown" czy "Keep Goin'". Tych smaczków basowych jest na albumie cała masa. Perkusista Joachim Reitenbach również jest znakomity. Każdy z muzyków odwala tu kawał świetnej roboty. Album zdecydowanie godny polecenia wszystkim miłośnikom klasycznego hard/heavy oraz rocka progresywnego.

środa, 30 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #6

Tygers of Pan Tang - Tygers of Pan Tang


Nowy materiał tygrysów nie był zaskoczeniem dla fanów. Formacja zaprezentowała hard rocka, jakiego dostarcza nam od lat. Żywiołowego, aczkolwiek tylko pod względem produkcyjnym. Kompozycyjnie bowiem płyta jest średniakiem. Momentami mam wrażenie, że grupa wpada w niesłuszny i niebywały entuzjazm grając "Glad Rags" czy "Do It Again", które są zwykłymi popłuczynami. Świetni muzycy nie ratują sytuacji, kiedy kompozycje nie prezentują niczego wybitnego, a czasem wręcz męczą. Generalnie porównywalnie z poprzednikiem. Dobry szlif produkcyjny nie przywróci świetności "Wild Cata" czy "Spellbound". Oczywiście, jak zawsze kilka perełek można znaleźć jak np. nostalgiczną balladę "The Reason Why", która została mistrzowsko zrealizowana, sprawnie zagrany "Dust" czy wykonany wyłącznie przez Jacopo Meile "Angel in Disguise" na gitarze akustycznej, co jest nowością w muzyce TOPT. Na albumie zauważalne są też heavy metalowe momenty, jak np. riffy w "Only the Brave", "Blood Red Sky" czy "The Devil You Know". 


wtorek, 29 listopada 2016

[Po pierwszym odsłuchu...] #5

Tom Odell - Wrong Crowd

"Wrong Crowd" to kolejna propozycja stanowiąca opozycję do gitarowego łomotu. Tom Odell, uzdolniony młody muzyk jest brytyjskim pianistą, kompozytorem i autorem tekstów piosenek. Jego muzyka niezwykle przyciąga zwłaszcza polskich fanów, o czym sam zainteresowany przekonał się już kilkukrotnie. Jego ostatni koncert w naszym kraju odbył się w Poznaniu, dokładnie w urodziny artysty - 24 listopada. Jak sam przyznaje, wybierając imprezę z polskimi fanami zamiast dnia wolnego, podjął najlepszą decyzję, jaka mogła przyjść mu do głowy. Utworem lansowanym w radiu był "Magnetised". Jest to chwytliwa, dynamiczna kompozycja i bardzo dobry wybór na utwór promujący. Spokojniejszy "Concrete" również jest warty uwagi ze względu na ciekawe budowanie nastroju. "Constellations" to kompozycja zagrana prawie wyłącznie przez Odella - bez sekcji rytmicznej, od czasu do czasu pojawiają się skrzypcowe smyczki. Takie utwory bez sekcji rytmicznej mają mniej dynamiki i dla mnie są dość flegmatyczne, a takich nie zabrakło również na poprzednim albumie. Do dobrych momentów albumu należą jeszcze żwawy "Sparrow" oraz budujący napięcie "Still Getting Used to Being On My Own" o ładnym "walcowatym" rytmie. Reszcie utworów brakuje polotu i zauważam delikatny regres porównując z poprzednikiem "Long Way Down". Mimo wszystko, to wciąż płyta na wysokim poziomie kompozycyjnym i wykonawczym.