[Po pierwszym odsłuchu...] #10

 Low - I Could Live in Hope


Gdyby zrobić zestawienie najbardziej psychodelicznych albumów jakie zostały wydane, "I Could Live in Hope" grupy Low z pewnością znalazłby się w czołówce. Muzyka Low określana jest jako dream pop, indie rock czy slowcore - za tym ostatnim określeniem muzycy nie przepadają. Charakterystyczne są tu powolne tempa i oszczędne aranże. Ta depresyjna, posępna muzyka na nim zawarta świetnie nadaje się do słuchania nocą lub w stanie głębokiego przygnębienia. Zwraca uwagę oszczędność środków wyrazu - tak muzycznie jak i lirycznie. Tytuł każdego utworu składa się z jednego wyrazu, gdyż szersze tytuły zapewne zabiłyby magię i tajemniczość tego wydawnictwa. Pełne niepokoju, a czasem refleksji dźwięki nierzadko powodują ciarki na skórze. Z wokali pary Alana Sparhawka (gitara i śpiew), Mimi Parker (perkusja i śpiew) wylewa się gorycz, niczym żal za czymś utraconym. Partie Johna Nicholsa (gitara basowa) wysuwają się tu na pierwszy plan i są one bardzo urozmaicone. Są utwory takie jak "Words" czy "Slide", przy których dosłownie się odpływa. Są również złowieszcze i niepokojące jak "Fear" czy "Cut" - przy tym drugim pojawia się uczucie wbijającego sztyletu i delikatnego, stopniowego rozkrawania ciała. Najbardziej w stan psychodelii i zadumę popada się słuchając "Lullaby" - kompozycji ciągnącej się leniwie i prawie niezmiennie prze niespełna 10 minut. Bardzo ładnie brzmią tu partie basu oraz efekty pogłosu użyte przy wokalu. Taka muzyka co prawda nie ukoi chandry, ale będzie idealnym jej towarzyszem.

Komentarze