[Recenzja] Omega - Gammapolis (1979)


















Tracklista:
1. Start
2. Gammapolisz I. 6:26
3. Nyári Éjek Asszonya 4:31
4. Őrültek Órája 5:09
5. A Száműzött 4:34
6. Hajnal A Város Felett 7:08
7. Az Arcnélküli Ember 2:08
8. Ezüst Eső 5:10
9. Gammapolisz II. 7:37

Rok wydania: 1979
Gatunek: Rock, rock progresywny
Kraj: Węgry

Skład zespołu:

János Kóbor - wokal
György Molnár - gitara
László Benkő - instrumenty klawiszowe
Tamás Mihály - bas, gitara akustyczna
Ferenc Debreceni - perkusja

Na płycie "Gammapolis" Omega odeszła nieco od bluesowych i hard rockowych brzmień. Postawiła za to na łagodniejszą formą progresywnego rocka, na której panuje niesamowity klimat, a János Kóbor wyśpiewuje piękne melodie.

Początek płyty - "Start" i jego kontynuacja "Gammapolisz I" - to iście malowniczy muzyczny pejzaż. Wprawia w zadumę i intryguje. "Nyári Éjek Asszonya" już posiada radośniejszy charakter. Jest to nieskomplikowana rytmiczna piosenka z barwnymi solówkami gitarowymi. Klimatu dodaje gitara akustyczna  w tle oraz klawisze, które właściwie przodują na całym albumie. Zdecydowanie bardziej zadziornym gitarowym utworem jest "Őrültek Órája". Kawałek pokazuje, że jednak zostało coś z hard rockowego ducha Omegi. Jest to najostrzejszy i najbardziej dynamiczny numer na płycie. Tajemniczy i podniosły charakter ma  "Hajnal A Város Felett". Utwór jest grany w marszowym rytmie w wolnym tempie, a największych efektów tu dodają instrumenty klawiszowe. Chociaż trwa przeszło 7 minut, nie nudzi się, a wręcz wciąga.

Nie rozumiem pomysłu zamieszczenia utworu "Az Arcnélküli Ember" na tym albumie. Kompletnie nie pasuje on do reszty kompozycji i jest chyba czymś w rodzaju parodii. Być może to miał być jakiś zabieg humorystyczny - ja jednak tego nie kupuję. Na szczęście Omega serwuje potem "Ezüst Eső", prawdziwy majstersztyk. Kompozycja niezwykle refleksyjna z interesującymi zagrywkami na gitarze i z pięknym, jak na całości albumu, podkładem i wstawkami klawiszowymi.

"Gammapolis" to prawdziwa perełka pośród płyt progresywnego rocka. Tak jak to bywa z płytami z bloku wschodniego - niedoceniona, a przecież nic nie stałoby na przeszkodzie zestawienie jej z progresywnymi albumami zachodnich gigantów. Wydawnictwo to bowiem cechuje precyzja wykonania i to zarówno kompozycyjnie jak i wykonawczo. Brzmienie na tym albumie nie jest już takie niedbałe jak na poprzednich, a kompozycje są bardzo przemyślane i i intrygujące. Niezwykłego klimatu dodaje tutaj László Benkő, który swą grą wzbogaca płytę i niewyobrażalne jest, by mogło go tu zabraknąć. Znakomita pozycja, którą warto znać.

8,5/10

Komentarze