[Artykuł] 10 albumów, które ukształtowały mój muzyczny gust

Na portalu społecznościowym Facebook popularna stała się zabawa, w ramach której codziennie przedstawia się po jednym z 10 albumów, które ukształtowały gust muzyczny uczestnika. Zabawa ta ma jednak jeden mankament - należy wstawiać jedynie okładki owych albumów, bez żadnych objaśnień i komentarzy. Zainspirowała mnie ona do napisania artykułu, w którym przedstawię wydawnictwa, które miały wpływ na mój gust muzyczny i opiszę pokrótce historię ich poznania, a także uzasadnię, dlaczego są one szczególne w moim życiu. Kolejność wymienionych tu płyt sugeruje stopień wpływowości na mój gust, choć nie jest to regułą.

1. Black Sabbath - Paranoid (1970)



Album "Paranoid" grupy Black Sabbath poznałem w wieku 13 lat. Na święta Bożego Narodzenia dostałem pod choinkę empetrójkę (tak, tak, dokonywałem tej niewybaczalnej zbrodni na klasycznych albumach nie słuchając ich z oryginalnych płyt CD! - każdy jakoś zaczynał). Poprosiłem wujka, aby wrzucił mi jakieś fajne kapele. Koniecznie chciałem mieć coś z Dire Straits, bo obiło mi się wcześniej o uszy kilka jego utworów, które spodobały mi się. Wujek puszczał po fragmentach każdy wrzucany album. W przypadku "Paranoid" pierwszym numerem jaki zapodał był "Iron Man". Gdy go wtedy usłyszałem, dosłownie oniemiałem. Była to bowiem wówczas najcięższa rzecz, jaką usłyszałem. Byłem pełen podziwu, że to można grać z taką mocą i energią. Pomyślałem, że koniecznie muszę to mieć oraz że właśnie takiej muzyki szukałem całe życie. Z czasem zaczęły robić na mnie wrażenie inne utwory z tego wydawnictwa - tytułowy, energiczny "Paranoid", walcowaty "Electric Funeral" czy rozbudowany i ociężały "War Pigs". Od tego albumu zaczęła się moja przygoda z hard rockiem i heavy metalem, a Black Sabbath stał się dla mnie najważniejszym zespołem w moim życiu.


2. Dire Straits - Communiqué (1979)



Jak już wcześniej wspomniałem, chwilę przed Black Sabbath poznałem kilka utworów Dire Straits. Tym zespołem fascynowała się jedna osoba z mojej rodziny. Pierwszym kawałkiem jaki usłyszałem był "Lady Writer". Uznałem, że jest to przyjemne gitarowe granie. W późniejszym czasie zrobiła na mnie wrażenie gra Marka Knopflera. Jego charakterystyczne, "niekostkowe" granie jest po prostu nie do podrobienia. Oczywiście album znalazł się na empetrójce i często do niego wracałem. "Communiqué" ze względu na swój minimalizm rozwija kreatywność i wrażliwość muzyczną słuchacza za sprawą melodyjnego wokalu i charakterystycznej gry na gitarze, na czym opiera się cały album. Cieszę się, że to właśnie od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z Dire Straits, a nie od nieco przecenianego "Brothers in Arms", który ma unowocześnione czy raczej udziwnione brzmienie, a natłok wszelkich dodatków i elektroniki przeszkadza w jego odbiorze.

3. Judas Priest - British Steel (1980)



Kiedy wsiąkłem w muzykę hard rockową i heavy metalową, ojciec polecił mi Judas Priest. Posiadał on w swojej kolekcji płytę "British Steel" (która obecnie znajduje się w mojej kolekcji :)). Z początku muzyka na niej zawarta wydała mi się zbyt ociężała, choć samym utworom nie miałem wiele do zarzucenia. Po kilku przesłuchaniach wreszcie "zatrybiło" i "British Steel" stał się jednym z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów. Judas Priest był kolejnym krokiem w stronę mojej fascynacji heavy metalem.

4. Black Sabbath - Master of Reality (1971)



W czasie zgłębiania wszystkiego sygnowanego nazwą Black Sabbath odkryłem krążek "Master of Reality". Zaraz po "Paranoid" stał się moim ulubionym. Był to też pierwszy album z ciężką gitarową muzyką, jaki zdecydowałem się kupić w formie CD. Niskie strojenie gitary, które właśnie na tym krążku pojawiło się w twórczości grupy po raz pierwszy i jakby niedbałe, charakterystyczne "sabbathowe" brzmienie czyni ten album ponurym i depresyjnym. Słuchałem go wielokrotnie podczas wakacji zarówno w domu jak i w samochodzie podczas podróży z rodziną. Dlatego też, pomimo ciemnych kolorów na okładce, album kojarzy mi się dziś z letnią, słoneczną pogodą.

5. Ozzy Osbourne - Blizzard of Ozz (1980)


Kiedy skończył się u mnie czas nałogowego wręcz słuchania Black Sabbath, wziąłem się za solową twórczość Ozziego Osbourna. Chociaż nie przypadła mi do gustu w takim stopniu jak twórczość macierzystej formacji Ozziego, to takie numery jak "Crazy Train" czy "Mr. Crowley" leciały w moim pokoju na okrągło. Mój ogromny podziw wzbudził talent Randy'ego Rhoads'a. Jego fenomenalne i zapamiętywalne sola gitarowe i zagrywki sprawiły, że stał się jednym z moich gitarowych autorytetów. Niesamowity gitarzysta, który odszedł zdecydowanie za wcześnie... Plakat z jego podobizną wisiał u mnie na ścianie przez długi czas.


6. Rainbow - Ritche Blackmore's Rainbow (1975)



Jak już wielokrotnie tu wspomniałem, nieoceniony wpływ na mój gust miała muzyka Black Sabbath. To za sprawą tego zespołu zacząłem śledzić przebiegi kariery muzyków udzielających się w nim, poznając przy tym kolejne świetne formacje. Black Sabbath był jakby drzewem, z którego wyrastają coraz to nowe gałęzie. Jedną z takich gałęzi był Rainbow, w którym śpiewał niezastąpiony Ronnie James Dio. Wokalista, który dotychczas kojarzył mi się z muzyką heavy metalową, zaintrygował mnie jeszcze bardziej, ponieważ równie dobrze sprawdził się w lżejszym hard rocku. Nie sposób nie docenić też umiejętności pozostałych muzyków i kompozycji - riff z "Man On The Silver Mountain" zna chyba każdy interesujący się muzyką gitarową. Żwawy "Black Sheep Of The Family" też należy do udanych. Świetna, klimatyczna ballada "Catch The Rainbow" to również mocny punkt albumu. Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że Dio to wokalista utalentowany.

7. Dio - Holy Diver (1983)




Dalszym krokiem w stronę zgłębienia przebiegu kariery Ronniego Jamesa Dio jak również chłonięcia heavy metalu pełną gębą był zespół Dio. Swego czasu formacja ta była dla mnie uzależnieniem.  Nieskomplikowane riffy i mocny wokal czynią ten album przystępnym w odbiorze. Jest to zwyczajnie prostoduszny heavy metal wykonany z pełnym poświeceniem i oddaniem. Tego wówczas potrzebowałem.

8. Led Zeppelin - Led Zeppelin II (1969)


"Led Zeppelin II" to kolejny album, który podkradłem ojcu :) Było to już w czasie, gdy przejadł mi się sztampowy heavy metal i zapragnąłem sięgnąć po klasykę gatunku. Trzeba przyznać, że Zeppelini już tutaj dali podwaliny heavy metalu, co dowodzi już pierwszy utwór "Whole Lotta Love". Ostre wokale Planta i gitary Page'a są naprawdę imponujące. Brzmienie tego albumu było chyba najcięższe w tamtych czasach. To od "Led Zeppelin II" zaczęła się moja przygoda z Led Zeppelin. Przyznam jednak, że większy sentyment mam do debiutu z racji tego, że sam go zakupiłem. Oba te wydawnictwa są kapitalne. 

9. Nirvana - Nevermind (1991)


Nie jestem wielkim fanem Nirvany i nigdy nie byłem. Niemniej, powyższy krążek otworzył mnie na grunge. Odkryłem zupełnie nową muzykę, z którą nie miałem wcześniej do czynienia. Faza na Nirvanę przeszła mi bardzo szybko, ale dzięki niej poznałem inne świetne grungowe zespoły, tj. Alice in Chains, Pearl Jam czy Soundgarden. 

10. King Crimson - In the Court of the Crimson King (1969)


Z King Crimson wspomnienia mam jeszcze z dzieciństwa. Pamiętam jak dziś, gdy razem z siostrą grzebiąc w płytotece ojca natknęliśmy się na album "In the Court of the Crimson King". Bardzo śmieszyła nas wtedy okładka owego wydawnictwa. Kiedyś z ciekawości co kryje się za tak śmieszną okładką puściliśmy sobie ten album i wygłupialiśmy się w rytm "21st Century Schizoid Man". Pomimo wygłupów pamiętam, że już wtedy wpadł mi w ucho ten kapitalny numer charakteryzujący się złowieszczym i ciężkim jak na owe czasy riffem. Wśród ciężaru gitary i sekcji rytmicznej usłyszeć można także instrumenty dęte. Swoistej agresji dodaje dźwięk saksofonu puszczony przez piec Marshala. Intrygujący jest "bałagan instrumentalny" mający miejsce w środkowej i końcowej części utworu. Klimatu dodaje również zniekształcony głos Grega Lake'a.

Również tata puszczał czasami ten krążek. Jednak reszta albumu nie interesowała mnie zbytnio. Byłem zbyt młody na tak ambitną muzykę. Dopiero po wielu, wielu latach postanowiłem odświeżyć ten krążek. 

Jestem przekonany, że ten album ukształtował mnie muzycznie. Usłyszane w dzieciństwie dźwięki Karmazynowego Króla wpłynęły na mój gust, choć sam nie byłem wówczas tego świadomy. A jak odbieram ten album dzisiaj? Jestem nim zachwycony i nie wiem czy można rozmawiać o tym wydawnictwie w kontekście zwykłego albumu muzycznego. Bo to nie jest zwykły album z muzyką. To już obcowanie z prawdziwą sztuką, istne arcydzieło. "In the Court of the Crimson King" nie tylko mi się podoba, ale i intryguje. To awangarda na najwyższym możliwym poziomie artystycznym. Nie mogę się nadziwić, że taka muzyka istniała już w 1969 roku! Po ponad pół wieku ciągle zachwyca. I jestem przekonany, że po kolejnym półwieczu wciąż będzie zachwycać.

Komentarze

Publikowanie komentarza